Przeszłość vs Przyszłość - kwestia Zaufania



Czym jest zaufanie nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, nawet jeśli różne ma przejawy. Czasem to ślepa wiara w drugą osobę, w to co mówi, słuszność tego co robi, ale nie tym być powinno. Zaufanie rodzi się po dwóch stronach i buduje się latami, nigdy nie można go zaniedbać, bo niewiele czasem potrzeba, aby je osłabić a nawet pogrążyć w nicości. A bez zaufania nic już nie jest takie samo. Bez niego stajemy się psychiczni i robimy rzeczy, które nie mają sensu. A jednocześnie nie jesteśmy w stanie ot tak po prostu w sobie wyprodukować. Zaufanie to nie jest coś logicznego, coś co możemy sobie zracjonalizować. Nasze doświadczenia życiowe wpływają na to ile czasu potrzebujemy by je w sobie zbudować względem drugiej osoby. Ja niestety należę do tych osób, które mają z tym problem i mimo, że kiedyś dawałam je na kredyt to zawsze kończyłam jako ta naiwna – czy to w przyjaźni czy to w związkach. Co tylko pogłębiało problem z ufaniem kolejnym osobom, które stawały na mojej drodze i mimo, że tego nie chciałam to wnosiłam ze sobą bagaż przeszłości, a dokładniej wniosków wyciągniętych na każdej akcji w której przejechałam się na drugiej osobie. Czy da się to zmienić? Czy da się budować zdrowe relacje międzyludzkie jeśli towarzyszy im strach przed ponownym zagruzowaniem danego zaufania? Czy jesteśmy w stanie znaleźć w sobie siłę, aby mimo tak wielu potknięć na naszej drodze jednak umieć znaleźć w sobie pokłady zaufania dla tych co na nie zasługują? Dla tych co aż tu dobrnęli ostrzegam, że będzie to mocno personalny tekst i zapewne dowiecie się rzeczy o mnie, których nie wiedzieliście do tej pory. Ale może ktoś wyciągnie wnioski z mojej własnej głupoty i uniknie wielu nieprzyjemności w życiu. Dla mnie to trochę rozliczenie się z przeszłością i zamknięcie za sobą spraw, które spowodowały, że znalazłam się tu gdzie jestem jeśli chodzi o zaufanie. Jeśli nie chcecie wiedzieć więcej to, to jest dobry moment, aby porzucić ten tekst J

Skąd biorą się problemy z zaufaniem? Powodów może być mnóstwo. Przyjaciel, który nas zawiódł gdy go potrzebowaliśmy. Facet, który nie umiał utrzymać rąk przy sobie i nas zdradzał. Koleżanka, która wbiła nam nóż w plecy, żeby zgarnąć naszą pracę. Rodzic, który nas zostawił. Znajomy, który obrabiał nam tyłek za naszymi plecami. I wiele, wiele innych. Każdy z nas spotkał się zapewne w życiu nie raz z sytuacją, kiedy ktoś go zawiódł, kiedy zaufanie, którym kogoś obdarzyliśmy legło w gruzach. Sami też na pewno nie byliśmy lepsi i nie raz zraniliśmy kogoś świadomie lub nie. Z natury jestem bardzo ufną i otwartą do ludzi osobą, może dlatego tyle razy dostałam kopa w dupę od rzeczywistości za swoje zbytnie ufanie ludziom. Zawsze staram się dopatrywać w nich tylko tych dobrych cech, czasem nawet tam gdzie ich tak naprawdę nie ma. Także nie powinnam być potem zaskoczona, gdy wychodzi na jaw, że nie wszystko jest tak różowe jak myślałam. Nie zawsze wiedziałam, że coś nadchodzi – czasem nie rozumiałam czemu coś się wydarzyło przez co czułam się jeszcze bardziej zraniona i poziom umiejętności ufania spadał jeszcze drastyczniej. Ale jeszcze nigdy z tego powodu nie odjebałam akcji po której czułabym się tak paskudnie jak teraz. To spowodowało, że spędziłam całą noc myśląc gdzie to się zaczęło. Jak doszłam do takiego punktu? Jak mogłam naruszyć czyjąś prywatność tylko po to by upewnić się, że dobrze robie ufając tej osobie zamiast po prostu wierzyć w nią bez potrzeby zaprzeczania wątpliwościom? Czy czyny drugiej osoby względem nas to za mało na potwierdzenie słuszności obdarzania jej naszym zaufaniem? Aż tak bardzo skrzywiły mnie moje doświadczenia? Na te pytania sama sobie spróbuję odpowiedzieć poprzez ten tekst. Będzie ckliwie i będzie boleśnie, ale prawie 30 lat potrzebowałam na skonfrontowanie się z tym wszystkim i wyrzucenie z siebie. O większości rzeczy nie wiedzą nawet najbliższe mi osoby. Nie ma znaczenia co ktoś sobie o mnie pomyśli czytając to wszystko – powinnam już dawno wszystko to z siebie wyrzucić, to może nie znalazłabym się w punkcie, w którym zraniłam kogoś mi bliskiego.

Gdzie to się zaczęło? 

Byłam tylko dzieckiem, które niewiele rozumiało, ale jedno do mnie docierało, że mój biologiczny ojciec nie umie być dla mnie tatą. Wiem, że moja mama zrobiła mi przysługę odchodząc od niego gdy byłam maleńka – zostając z nim byłaby nieszczęśliwa. A niczego innego nie chcę dla mojej mamy niż tego, aby była szczęśliwa. Pozwoliła mi być tym kim jestem, nie układała mi życia i pozwoliła podejmować własne decyzje nawet jeśli były dla niej bolesne – za to będę jej wdzięczna do końca swojego życia. Ale wracając do biologicznego ojca… To, że rodzice się rozstali to pikuś, nigdy mnie to nie bolało, bo nie znałam rzeczywistości w której byliby ze sobą J Ale to co odbiło się na mnie to jego późniejsze zachowania. Mommy chciała, abym miała z nim kontakt – w końcu to był mój biologiczny ojciec – szkoda tylko, że notorycznie spóźniał się po mnie kiedy miał mnie do siebie zabrać, odwoływał na ostatnią chwilę, nie zjawiał się wcale bez słowa uprzedzenia czy wyjaśnień, a kiedy już był to właściwie cały czas spędzałam z kuzynami w pokoju, a nie z nim. Właściwie w ogóle go nie znałam. Do dziś pamiętam jak zjawił się w święta z wielką siatą słodyczy – kolejny raz spóźniony po kilka godzin, gdzie ja jak to dziecko czekałam cała szczęśliwa, że zobaczę się z „tatą”, a mijały kolejne godziny i jego nie było. To był ten jeden jedyny raz kiedy pękłam i gdy stanął w drzwiach powiedziałam mu, że mam dość, że żaden z niego „tata” i, że nie chcę go więcej widzieć na oczy. Miałam tylko jakieś 7-8 lat. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jak moja mama czy dziadkowie musieli się czuć widząc każdy raz kiedy pękało mi serduszko na fakt, że znów zawiódł moje zaufanie. Obietnice zmian nic nie dawały. Sytuacje się powtarzały. Pękłam. Zaufanie przerodziło się w gruzy, które rozsypały się w mak biorąc pod uwagę, że później latami nie zamienił nawet ze mną słowa i widziałam go już tylko kilka razy przypadkiem na ulicy. Porzucił mnie na dobre. Swoją własną córeczkę. Założył kolejne rodziny. Zresztą mojemu przyrodniemu bratu zrobił to samo – zakładając trzecią rodzinę jego też porzucił. Czy miałam okazję kiedykolwiek wygarnąć mu jak bardzo mnie skrzywdził? A jednocześnie podziękować, że nie był częścią mojego życia? Tak! Podziękować. Dzięki niemu pierwszy raz w swoim tak krótkim wtedy życiu musiałam podjąć trudną decyzję i odciąć się od kogoś kto był dla mnie toksyczny. Co z tego, że mnie spłodził? Nie miał wpływu na moje wychowanie, a jedynie to co zrobił odbiło się na mnie powodując pierwszą rysę na umiejętności ufania ludziom. W końcu jeśli osoba, której byłam biologicznie częścią potrafiła tak lekko mnie zostawić, to dlaczego innym miałoby to przychodzić trudniej? I nie, okazji nie miałam. Zbierałam się do tego latami i zabrakło czasu.

Kolejna strata – „jak mogłeś mi to zrobić?” 

Miałam tylko 9 lat gdy straciłam na tamten moment najważniejszą osobę w moim życiu – mojego dziadka. Do dziś jest dla mnie ogromnym autorytetem i wzorem do naśladowania, choć marnie mi to idzie. To on zaszczepił we mnie ambicję, to on pozwolił mi uwierzyć, że jestem w stanie osiągnąć wszystko co tylko będę chciała i zawsze mam być sobą bez względu na to co myślą o mnie inni. I zostawił mnie. Ale nie tylko mnie, również moją babcię, mamę, resztę rodziny i przyjaciół. Umarł. A mój świat się zawalił. Rok, którego nie pamiętam – jakby zupełnie nic nie działo się w moim życiu, jakbym była w jakimś trybie autopilota. Czy to jego wina, że odszedł? Oczywiście, że nie! Ale dziecku nie wytłumaczysz, nawet jeśli byłam bystrą dziewczynką, że mimo, że obiecywał, że będzie walczył, mimo, że wierzyłam, że wszystko będzie dobrze, że dziadek mówił, że da radę wytępić raka bo przecież nie zostawi swojej „księżniczki” to tak się stało. I razem z nim umarła część mnie. Naiwność, że silną wolą można pokonać wszystko. Wtedy nie było dobrych słów. Wiem, że dziadek nie chciał mnie straszyć, a wręcz uważam, że on naprawdę wierzył w to, że wyzdrowieje. Niestety mnie nikt nie przygotował na to co się stało. Ani moja mama, ani babcia, ani nikt inny nie porozmawiał ze mną wtedy co może się stać, na co muszę się przygotować. A byłam tylko dzieckiem. Tyle, że dzieckiem dla którego dziadek stanowił centrum wszechświata – wszystkiego mnie uczył, rozwijał mnie w różnych kierunkach, budował moją wiarę w siebie i moje możliwości. Świat legł mi w gruzach i na początku poza czarną rozpaczą czułam ogromną złość: „Przecież obiecał, że będzie walczył!”, „Przecież mówiliście, że wszystko będzie dobrze!”, „przecież obiecał, że mnie nie zostawi!”. Później wstydziłam się tej złości, a przecież nie powinnam. Była naturalna. Wierzyłam ich słowom, zaufałam im, chciałam żeby były prawdą, ale siła wyższa wzięła górę. Niczyja wina. Ale pojawiła się kolejna rysa – „Ludzie obiecują rzeczy, których nie są w stanie zrobić”, „Ludzie nie wszystko Ci mówią, aby oszczędzić Ci bólu”

No i przyszło gimnazjum

Jedna wielka patologia. Tak mogę podsumować moje gimnazjum. Zbieranina dzieciaków z całej okolicy wrzucona do jednej szkoły. Ni to dzieciaczki, ni to „dorośli”, czyli tak zwana faza przejściowa w której wszystko „wolno”. Mieliśmy wielką paczkę w szkole, w której trzymaliśmy się też w czasie po niej, choć czasem trochę porozbijani. Jedna wielka rodzina. Taaaaa. Do czasu jak się okazało. Wpadłam w oko jednemu z chłopków – znałam go już od przedszkola. Pech chciał, że ja nie czułam zupełnie tego samego. I męska, sorry „chłopięca”, duma wzięła górę. Zaczęło się niewinnie od złośliwości z jego strony, ale przeszło w wymyślanie kłamstw na mój temat, robienie ze mnie pośmiewiska publicznie, obrażanie mnie, nastawianie wszystkich przeciwko mnie. I stało się tak, że po mojej stronie nie został prawie nikt. Wszyscy „przyjaciele” stanęli za nim, a wręcz dołączyli do niego w „uprzyjemnianiu” mi każdego dnia. W końcu był z tej „popularnej trójki”. Nie mam im tego za złe – byli stadem, które poszło ślepo za liderem. A ja zostałam czarną owcą. I dobrze się stało – to mnie umocniło. To co wtedy przeżywałam, w okresie kiedy jest potrzeba socjalizacji i akceptacji społecznej, której mi nie dano, wzmocniło mnie. Jeden jedyny raz w życiu doszłam do swojej granicy wytrzymałości psychicznej, a może nawet ją przekroczyłam i dzięki temu stałam się twardsza. Owszem wciąż można mnie zranić słowem, czasem biorę do siebie komentarze bliskich mi osób, ale na zdanie stada nie zwracam uwagi – to co „obcy” czy zwykli znajomi myślą o mnie jest mi obojętne. Dlatego nie boję się tego co ludzie pomyślą po przeczytaniu tego tekstu. Nie robie tego dla nich – robię to dla siebie. Zamykam drzwi, które od zawsze były uchylone. Mówię o rzeczach o których nikomu nie wspominałam nawet słowem. Wszystkie karty idą na stół – dość tajemnic, dość trzymania tego shitu w sobie, dość wstydu. Tyle lat wstydziłam się tego wszystkiego jak przeżywałam różne momenty w moim życiu – „who cares” zdaniem innych na ten temat. Każdy radzi sobie jak umie. Ja wtedy, w tamtym momencie doszłam do momentu w którym sobie nie radziłam. Zaczęłam jarać duuuużo zioła, na potęgę brałam leki nasenne i na uspokojenie podkradane potajemnie babci i cięłam sobie ręce i uda. Doszłam do momentu, że nie miałam nikogo z kim mogłabym o tym porozmawiać. I sama się sobie do dziś dziwie, że zamiast zapaść się w ciemność podałam sobie rękę i ten jeden jedyny raz w życiu poszłam do psychiatry. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co musiała moja mama przeżywać za katusze emocjonalne kiedy przyszłam do niej z prośbą o wypisanie zgody na wizytę. I jestem wdzięczna, że nigdy nie pytała dlaczego. Moi bliscy widzieli, że cierpię, ale nie wiedzieli dlaczego. Nigdy im nie powiedziałam, że byłam szykanowana, znęcano się nade mną psychicznie, a nawet zdarzyło się raz, że fizycznie, byłam poniżana, wyzywana, a w lepszych momentach traktowana jak powietrze. Ta jedna wizyta, te 3h, które tam spędziłam, to wszystko co wtedy z siebie wyrzuciłam były najlepszym co mogłam dla siebie zrobić. Odnalazłam w sobie siłę, żeby nie tylko uwierzyć w siebie, ale też ponownie zaufać ludziom. Stanęłam do walki, przestałam „pokornie” znosić takie traktowanie, znalazłam nowych przyjaciół, którym zaufałam mimo doświadczonych przebojów i odbudowałam siebie. Przestałam być ofiarą i już nigdy więcej się nią nie stałam. Ale rysa pozostała – ufałam im, a oni stanęli przeciwko mnie. Postawili kogoś innego i jego słowo wyżej niż mnie. Nie tylko wierzyli w to, albo bali się przeciwstawić, ale niektórzy dołączyli do „ataku”. Pozbierałam się po tym mentalnie, twardsza skóra się zrobiła (choć pewna doza wrażliwości pozostała), ale zaufanie już wtedy stało się ograniczone. Moja najlepsza przyjaciółka, która właśnie po tym okresie poznałam, nawet ona nie zna pełnej historii. Aż do teraz.

Liceum? Laski potrafią być zawistne

Gimnazjum skończyłam już bez większych wybojów, więc nadszedł czas na duże zmiany – liceum. Mogłam zadecydować gdzie chcę iść – z takimi stopniami i punktami na testach każda szkoła by mnie przyjęła. Za namową taty wybrałam Sopot – jeden z lepszych wyborów naukowych jakiego mogłam dokonać. Wiele wyniosłam z tego czasu, a ostatnia klasa zadecydowała co chcę w życiu robić – choć trochę mi się to później rozjechało, w końcu nie sądziłam, że wyląduje w Digitalu :P Ale na tamten moment wiedziałam już, że wyjadę kiedyś do Warszawy, żeby móc dalej się rozwijać. Przytrafiła mi się też w liceum moja pierwsza wielka miłość, obiekt westchnień większości lasek w szkole – Orzeł. Wysoki, przystojny niesamowicie, wysportowany, inteligentny i lubiany przez wszystkich. Aż za bardzo przez niektórych jak się później okazało. W czasach liceum szybko stworzyła nam się paczka, z niektórymi do dziś się przyjaźnię, choć większość znajomości się rozpadła – szczególnie tych babskich. Dlaczego? Bo jak się później okazało niektóre z nich nie umiały sobie odmówić ostrego obgadywania mnie za moimi plecami czy rozpuszczania o mnie plotek. Dlaczego ponoć Orzeł ze mną był zdaniem co poniektórych „koleżanek”? „najwyraźniej muszę się zajebiście ruchać”. No taaaaaak, bo to jedyne co mnie definiuje :D Zazdrość między kobietami to okropna cecha. To, że komuś lepiej się powodzi, jest popularniejszy, lepiej się uczy, ma fajniejszego faceta lub w ogóle go ma to nie znaczy, że można po nim jeździć zawistnie. Jak Ci to nie odpowiada, jak czegoś Ci brakuje to, to zmień zamiast robić komuś koło dupy. Szczególnie jeśli się kumpujecie – w końcu przyjaźnie opierają się na zaufaniu, a tego tu zabrakło. Jeśli coś nas boli to warto to powiedzieć, nawet gdy wiemy, że konsekwencje mogą nie być dla nas przyjemne. Szczerość to podstawa. Na szczerości buduje się zaufanie. Na szczerości się ono opiera. Obgadywanie za plecami, wypisywanie bzdur po ścianach toalet w szkole czy fałszywe uśmiechy i poklepywanie po ramieniu gdy jest komuś źle to nie są przejawy szczerości, a wręcz zakłamania. To jeden z powodów dla których mam tak mało koleżanek – na szczęście te które mam są cudowne J Moja najlepsza na świecie przyjaciółka Natalia, która znam ponad połowę mojego życia i wierzę, że będziemy się przyjaźnić już do końca świata, mimo, że mieszkamy teraz w dwóch różnych miastach, ale odległość nie ma znaczenia. Przynajmniej dla mnie :P Była przy mnie w najtrudniejszych momentach mojego życia od kiedy się znamy. Możemy tygodniami nie rozmawiać, a kiedy znów siądziemy razem to jest tak jakbyśmy widziały się wczoraj. Jest jedną z tak niewielu osób, którym ufam bezgranicznie! Wiem o niej pewnie więcej rzeczy niż ktokolwiek inny, choć nie należy do osób, które łatwo się otwierają i raczej nie mówi o swoich problemach. No i jest Ewa – bratnia (a wręcz prawie, że rodzona, bo tylko 14h nas dzieli od siebie :P) dusza, którą znam krótko (niecały rok), ale wspólne flow załapałyśmy od pierwszego „cześć”. Wspieramy się w ciężkim życiu korpo ;) Ale też każdy problem, który mamy poza nim wiem, że możemy przegadać i jeśli tylko będziemy mogły sobie pomóc to tak się stanie. Ta dziewczyna skradła moje zaufanie samym swoim istnieniem :P I na koniec najważniejsza kobieta w moim życiu = moja babcia – kobieta, której wszystko zawdzięczam , która mnie wychowała, nigdy we mnie nie zwątpiła i zawsze stała za mną murem. Zawsze pchała mnie do przodu i pozwoliła mi być sobą, czyli dała mi coś najcenniejszego na świecie (wraz z moją mamą), a mianowicie wolność podejmowania własnych decyzji. Wiem, że zawsze mogę na nią liczyć i ufam babci swoim własnym życiem. Wiem, że mamę i babcię może zaboleć jeśli przeczytają ten tekst, ponieważ dowiedzą się z niego rzeczy o których nigdy nie miałam odwagi im powiedzieć, ale mam nadzieję, że dostrzegą jak silną osobę wychowały, że już się nie boję być w pełni sobą, że choć długo mi to zajęło to znalazłam w sobie odwagę wyrzucić z siebie wszystko co mnie niszczyło, co generowało moje problemy z ufaniem ludziom, z budowaniem relacji z nimi, z braniem wszystkiego do siebie i zjadało mnie od środka, bo nie byłam w stanie o tym otwarcie mówić. Mamo, Babciu, żadne słowa nie wyrażą jak wdzięczna Wam jestem za to co dla mnie zrobiłyście, a wiem, że nieraz lekko nie miałyście ze mną. Dziękuję, że na Was zawsze mogę polegać i kochacie mnie mimo moich wad <3

5 lat ciągłego dramatu

Studentka poznaje faceta – 5 lat starszy, manager, „świeży” w 3city. Wkracza do jej życia z impetem i kradnie jej serce. Moja wielka miłość… i 5 lat ciągłej szarpaki przeplatającej się łzami i śmiechem. Tak wyglądał mój związek z M. Poza naj naj najbliższymi mi osobami nikt nie wiedział jak bardzo się męczyłam w tym związku, jak mocno mnie ranił, jak bardzo stłamszona byłam, jak bardzo niepewna. Rozstanie to było najlepsze co mogło mnie spotkać. Dlaczego? Bo odżyłam! Zaczęłam się znowu cieszyć życiem i robić to co lubię. Przestałam być ciągle pouczana jak to jeszcze nic nie wiem o życiu, jak to jego pomysły są lepsze, jak coś powinnam robić. Ale to nie dlatego skończył się ten związek. Odeszłam, bo nie umiałam zapomnieć. O czym? O tym, że mnie zdradził. Choć tutaj definicja zdrady nie jest tak sztywna jakby się wydawało – nie przespał się z jakąś przypadkową laską po imprezie czy coś w tym stylu. Złamał moje zaufanie znacznie gorzej. Przynajmniej w moich oczach, bo przecież komuś innemu może się to wydać błahe. 4 lata razem, jedna ze stanowczo zbyt wielu kłótni (był furiatem i nie pozwalał mi uciekać kiedy tego potrzebowałam, by ochłonąć), rozstanie. Gdy ja studiowałam we Włoszech on poznał na imprezie laskę, Amerykankę. I zgadnijcie do kogo pierwszego poleciał po rozstaniu? W jej objęcia. Tego samego dnia. Jakbym nic nie znaczyła. Jakby słowa, że mnie „kocha” były totalnie puste. Mijają 3 dni – przychodzi do mnie skruszony, chce żebyśmy jeszcze raz spróbowali, byśmy mieli razem kota (stąd pojawił się Fiodor w moim życiu ;)). Ja szczęśliwa, bo przecież nie wiem co się wydarzyło w trakcie tych 3 dni. I przypadek chciał, że jakiś czas później przechodzę koło szafki, dźwięk telefonu, odruchowo zerkam myśląc, że to mój, a tam wiadomość na ekranie „Tęsknię za Tobą i smakiem Twoich ust…”. Pamiętam to jak dziś. Strzał w twarz. Konfrontacja. Przyznanie się, teksty w stylu „to nic nie znaczyło”, „jakbym Ci powiedział to bym Cię stracił” itd. Odejście. 3 tygodnie przeprosin, tłumaczeń, prób naprawy. Ugięłam się. „A może będę umiała wybaczyć? Przecież nie byliśmy wtedy razem”. Bullshit. Nie umiałam zapomnieć, że gdy ja przechodziłam katusze, leżałam zaryczana w łóżku, że straciłam „miłość mojego życia”, on też leżał, ale w objęciach innej. Bez mrugnięcia do niej pobiegł. Owszem da się wybaczyć – to udało mi się osiągnąć. Ale nie umiałam zapomnieć. Zaczęłam z czasem we wszystkim doszukiwać się drugiego dna, zrobiłam się podejrzliwa, zaczęłam zadręczać się myślami. W końcu oboje tego nie wytrzymaliśmy. Wiedział, że nie umiem zapomnieć choćbym nieważne jak go kochała. Spakowałam Fiodora, swoje rzeczy i wyprowadziłam się od niego. Tęskniłam każdego dnia tygodniami. Po nim żaden mój związek nie trał więcej niż kilka miesięcy. Bardzo długo byłam sama. Bałam się i dalej się boję. To uczucie, kiedy osoba przed którą otworzyłeś/aś serce zawodzi Twoje zaufanie jest okropne. Może czas leczy rany, ale rysa zostaje. Nikt wcześniej i nikt póki co później tak bardzo mnie nie zranił, tak bardzo nie zawiódł mojego zaufania i nie zdewastował wiary w drugą osobę jak on to zrobił. On wierzył we mnie, ale sam nie umiał niestety utrzymać takiego stanu rzeczy w stosunku do siebie co niestety do dziś się trochę na mnie odbija. Zaufałam mu bezgranicznie i jak się okazało finalnie – nie powinnam była.

Przyjaciel, który wyciął mnie ze swojego życia

Trafiłam na studia. Filozofia. Nikogo nie znałam. Jedne z pierwszy zajęć, koleś za mną pyta o kartkę i długopis, krótki smalltalk. Na przerwie między zajęciami gadam i okazuje się, że… my się znamy z dzieciństwa! A dokładniej nasi ojcowie się kolegowali, chodziliśmy do jednej podstawówki, znamy tych samych ludzi z niej, a co najlepsze mieszkaliśmy w tym samym bloku, tyle, że w dwóch różnych klatkach. Ale… za cholerę się nie pamiętamy J Czy takie rzeczy się zdarzają poza filmami? :P Jak widać tak. Od razu mocne connection, wspólne poczucie humoru, mnóstwo spędzonego czasu, wiszenia na telefonach i zazdrość chłopaka o przyjaciela. Mijają lata, M. postanawia wyjechać do Dubaju. Cios w serce, ale w pełni go wspieram, bo przecież chce by się rozwijał. Zostaje skype i spotkania gdy przylatuje do Polski. Przyjaźń wciąż trwa. M. zostawia Dubaj i przenosi się na jakąś wyspę między UK a Francją. Mnie czeka przeprowadzka do Warszawy – tak nagła, że M. pożycza mi kasę na pierwszą kaucję za mieszkanie w Wawie. Jedyna osoba od której pożyczyłam kasę w życiu – jestem strasznie przeciwko robieniu tego, bo kasa potrafi popsuć relacje międzyludzkie. Niedługo później przyjeżdża w odwiedziny do PL i wpada do Wawy z kumplem. Wspólny melanż na którym mnie gubi. Po 2-3 h (zdążyłam spędzić godzinę na szukaniu go, dojechać do domu i pójść spać) orientuje się, że mnie ma. Ej stary, ponoć przyjechałeś dla mnie, a nawet nie zauważyłeś, że mnie nie ma? Zabolało. Potrzebowałam czasu. Po jakimś czasie odzywam się i zaczyna robić się dziwnie. Poznał dziewczynę, zaczyna unikać wszystkich, nie tylko mnie. A potem jeszcze dziwniej. Dałam mu przestrzeń – na tyle go znam, że wiem, że czasem jej potrzebuje i sam się odezwie. Ale mijały miesiące i trwała cisza. Pisałam od czasu do czasu, że tęsknie za nim, że martwię się, żeby dał znak życia. I nagle jednego dnia dostaje wiadomość, że jestem suką bez dumy bo mu hajsu nie oddałam jeszcze! Szkoda tylko, że część oddałam mu osobiście w Wawie, a drugiej powiedział, że mam nie zwracać. Gdybym wiedziała, że nie mówił poważnie, zmienił zdanie, potrzebuje kasy, cokolwiek! To od razu bym mu ją oddała. Nigdy nie chciałam, żeby to stanęło między nami. Dlatego miałąm takie opory by w ogóle przyjąć jego pomoc. Wyciął mnie ze swojego życia. Nigdy więcej nic mi nie odpisał. Mój najlepszy przyjaciel, prawie jak rodzina już był. I coś takiego się z nami stało. Myślałam, że jeśli kiedykolwiek zdarzy mi się np. wyjść za mąż (choć sorry mamo, ale nie czuję takiej potrzeby) to będzie stał u mego boku i cieszył się ze mną moim szczęściem ostrzegając jednocześnie tego wybranego, że grozi mu wpierdol jeśli mnie skrzywdzi :P Nic z tego się nie zrealizuje. Zostawił mnie. Odciął się. Jestem tylko przebłyskiem z przeszłości. A przecież wierzyłam w niego bezgranicznie. Nigdy by mi przez myśl nie przeszło, że tak się wszystko potoczy. Coś co było totalnie nieprawdopodobne dla mnie jednak się wydarzyło, zabierając mi wiarę w niemożliwe. I tak powstała kolejna rysa – i to bolesna.

Szczęścia do facetów to ja nie mam

Ale M. nie był był jedynym z facetów, z którymi byłam, który stwierdził, że zaufanie można rugać jak się chce. Facet, który wyjeżdża na Erasmusa, obiecuje, że wszystko się uda, to przecież tylko kilka miesięcy, a nawet z Tobą kupuje bilety, żebyś go odwiedziła, a niecały tydzień po przylocie na miejsce informuje Cię, że jednak nic z tego nie będzie. Wow – to było grube J Albo W., który przez cały czas bycia z Tobą bajeruje inne dziewczyny, aby finalnie z jedną z nich się przespać, a gdy wychodzi to na jaw to przecież mówił Ci x miesięcy temu na samym początku, że tak może się stać. Srsly stary? Bo przecież pół roku wisiało w próżni emocjonalnej ;) Albo facet, który po 5 miesiącach z dnia na dzień znika, wręcz zapada się pod ziemię, aby po tygodniu napisać Ci, że on to jednak wraca do swojej byłej. Życie potrafi zaskakiwać J Cóż, wygląda na to, że nie mam po prostu szczęścia do facetów. Dlatego tym bardziej jak sobie pomyślę o różnych moich byłych to boli mnie fakt, że gdy w końcu spotkałam naprawdę fajnego faceta, który troszczy się o to, żeby zobaczyć uśmiech na mojej twarzy, akceptuje mnie taką jaką jestem i jest dla mnie nie tylko facetem, ale też partnerem i przyjacielem, bo mogę zawsze na niego liczyć, to ja przez swoje doświadczenia z nadużyciem mojego zaufania doszukuję się dziur w całym, strach bierze górę i szukam zapewnień, jakby to co robi na co dzień było niewystarczające (a przecież jest warte więcej niż milion słów) i łamię podstawową zasadę prywatności. Szkoda, że to akurat na niego musiało trafić, żeby wyciągnęła lekcję, że takich rzeczy się nie robi. Że zamiast porozmawiać, powiedzieć co mnie trapi, naruszyłam jego prawo do prywatności. Sama się sobie dziwię, że mimo ufania mu, mimo bycia szczęśliwą, drobne rzeczy zaczęły tworzyć rysy na tym zaufaniu i potrzebowałam sama siebie zapewnić, że świruję i nie mam powodów do zadręczania się. Nie jestem w stanie tego cofnąć, nie jestem w stanie wymazać, pozostaje tylko ponieść konsekwencje swoje błędu i wyciągnąć lekcję na przyszłość, aby w takich chwilach zwątpień najpierw przypomnieć sobie wszystko co dobre, a jak to nie pomoże to porozmawiać z tą drugą stroną. Lekcja, którą wynoszę w bolesny sposób.

Podsumowanie 


I tak doszłam do dnia dzisiejszego. Momentu w moim życiu, w którym każda ta rysa wywarła tak silny wpływ, że wraz z mikroryskami dochodzącymi na bieżąco doprowadziła mnie do momentu w którym albo zostawię to wszystko za sobą, albo zniszczy to zarówno mnie, jak i wszystko co będę w życiu budować – związki, przyjaźnie, relacje międzyludzkie. Nie będzie łatwo – zaufania do świata nie odbuduje w jedną noc i pewnie jeszcze niejedna mikrorysa się pojawi, a nawet big rysa, ale życie wychowało mnie na fightera, więc nie poddam się, w końcu jest o co i o kogo walczyć. O samą siebie i moją szczęśliwą przyszłość.

Teraz znacie już moje największe tajemnice, które raniły mnie za każdym razem gdy o nich pomyślałam, a gdy w końcu odważyłam się o nich powiedzieć głośno to o dziwo, ale straciły moc, którą miały nade mną. Tyle czasu się ich wstydziłam i potrzebowałam zostać wstrząśnięta przez własną głupotę (posunęłam się za daleko), aby zmierzyć się z tym wszystkim. Czy nie boję się, że ktoś to wykorzysta przeciwko mnie? Nie ma już czego – otworzyłam szafy i wyjęłam szkielety, nie mają już znaczenia. Czy nie boję się, że ludzie zmienią o mnie zdanie? Jeśli tak będzie to cóż, trudno. To czy cokolwiek innego by spowodowało, że tak się stanie. Czy nie martwi mnie, że kogoś zranię? Mam nadzieję, że nie. Starałam się być maks obiektywna, choć pokazałam tylko swoją perspektywę. Rozliczam się ze swoją przeszłością i tym co mi zrobiła, a nie z nimi. Publish tego zmieni wszystko – może nie dla Was, może nie dla tych o których w tekście wspominałam, ale zmieni dla mnie. To jak katharsis, na który niestety za długo czekałam. Ale człowiek uczy się na błędach. Muszę zaufać sama sobie, że dobrze robię, że wszystko będzie dobrze, że cokolwiek się stanie dam sobie radę – życie mnie do tego przeszkoliło :P A potem zaufać ludziom – bo choć są tacy co na pewno jeszcze mnie zawiodą, to są też tacy, którzy w pełni na nie zasługują i nie powinni płacić za błędy innych. Chapter zamknięty. 

Komentarze